Nigdy nie lubiłam faworków. Jadłam je w dzieciństwie, ale zawsze mnie po nich mdliło. Mój Mąż też ich nie lubi. Byłam pewna, że nie nadejdzie taki dzień, w którym sama postanowię je zrobić. Myślałam "nie lubiłam, nie lubię i na pewno nie polubię". Jednak niedawno pomyślałam sobie, że mimo wszystko dobrze by było, żeby na blogu znalazł się przepis na ten karnawałowy przysmak - wiele osób przecież za nim przepada.
Zrobiłam i wiecie co? Jednak lubię faworki ;) Nie mdli mnie po nich. Może te z dzieciństwa były zbyt bardzo nasiąknięte tłuszczem? Może były smażone na oleju, a nie na smalcu? Może wszyscy wkoło mieli złe przepisy? Nie wiem.
Wiem, że te chruściki smakowały mi bardzo. Obowiązkowo oprószone sporą ilością cukru pudru. Na drugi dzień, też wcale nie były gorsze. W Tłusty Czwartek i tak pewnie chętniej sięgnęłabym po pączka, ale chruścikiem też już nie pogardzę (no chyba, że będzie przypominał w smaku te z dzieciństwa,... to podziękuję).
Ja znam te kruche przysmaki pod trzema nazwami Faworki, Chruściki i Chrust - u mnie w domu używało się tych dwóch pierwszych nazw, chociaż nie były przyrządzane często, bo chyba nikt z mojej rodziny jakoś specjalnie za nimi nie przepadał.





